lektura na 7 min.

O rekrutacji. Tragedia w czterech aktach.

 

Dzisiaj będzie tyle śmiesznie, co tragicznie. Taka tragikomedia, tyle że jej finałem nie jest opadniecie kurtyny, albo końcowe napisy, a rozkład Twojego biznesu, wizerunku i tego, jak jesteś postrzegany jako pracodawca. Oto sztuka w kilku aktach o tym, jak budujesz czarny własny PR.

 

Akt 1 – Oferta pracy.

Szukasz pracownika i oferujesz mu:

  • wynagrodzenie adekwatne do osiąganych wyników i/ lub do doświadczenia (czytaj: najniższą krajową)
  • pracę w dynamicznym, zgranym zespole (zazwyczaj albo kłamiesz, albo nie masz świadomości, jakie są realia między Twoimi pracownikami),
  • premie uznaniowe (to ten rodzaj premii, którego zazwyczaj nie ma, bo ktoś nie uznał),
  • pakiet socjalny – najczęściej to obiad za kilka złotych dziennie, woda gdy temperatura pozwala smażyć jajka już nie na patelni, ale na posadzce, tuż pod zepsutym klimatyzatorem.

 

W zamian oczekujesz:

  • osoby młodej, najlepiej z doświadczeniem na podobnym stanowisku (tu idealny kandydat to wiek ok 25 lat, staż 15. Bezdzietna kobieta, nie planująca potomstwa w ciągu najbliższych 5 lat)
  • pełnej dyspozycyjności (nieodebrany od szefa telefon o 22.45 oznacza, że najpewniej nie zależy „nierobowi” na tej pracy),
  • gotowości do pracy w stresie (tu po raz pierwszy mówisz prawdę),
  • terminowości wykonywania zadań i punktualności (niestety nie działa to w drugą stronę, gdy pracownik pyta o przelew pensji za kolejny miesiąc).

To, co napisałem powyżej jest oczywiście półżartem. Ale credo jest fakt, ze dajesz to co wszyscy a oczekujesz, że to akurat Ciebie wybierze potencjalny kandydat. Przemyśl, co jesteś w stanie realnie zrobić, by przyciągnąć konkretnego pracownika, na jakie ustępstwa jesteś gotów pójść, Dlaczego nazywam to ustępstwami? Bo jeszcze nie nauczyłeś się pracodawco, że nie należy tylko obiecywać, ale jeszcze dotrzymywać obietnic.

 

Akt 2 – portal.

Pomijając, że Twoja oferta niczym nie różni się od innych, jak się okazuje, nie masz też pojęcia gdzie ją umieszczać. I dlatego trafia ona nie do specjalistycznych portali, przecież te są za drogie! Trafia na portal, którego nazwa składa się z trzech liter, a na którym generalnie ludzie nie szukają pracy, tylko akwarium do 120 litrów, albo pada do PS3. A ci co już na niej jej szukają znajdują oferty takie, jak Twoja.

Wywal węża z kieszeni i skieruj oferty na branżowe portale tematyczne. Tam pracy szuka ktoś, kto jest świadom tego, że poważny pracodawca, raczej będzie się ogłaszał w poważnym miejscu. Nie tam, gdzie większość ludzi wystawia znoszone po bliźniakach śpioszki i telefon komórkowy – zbity, ale poza tym nie noszący śladów użytkowania.

Efekty? Po tak marnym ogłoszeniu, zgłasza się do Ciebie 11 Ukraińców, którzy język polski po raz pierwszy usłyszeli na granicy, 8 godzin temu. 6 młodych studentów – jeszcze nic nie potrafią, ale chcą 3500 zł „na rękę”, oraz jedna kandydatka odpowiadająca temu, co wypisałeś. Niestety jest za droga. Dlatego bierzesz Ukraińca, bo przecież jako kelner to w zasadzie musi tylko podać talerz, a jako pracownik służby pięter, pościelić łóżka i w kryzysowej sytuacji pokierować Gościa do pokoju. A przecież pokazanie palcem prosto i w prawo, w każdym kraju wygląda tak samo.

 

Akt 3 – rozmowa kwalifikacyjna.

Jeśli przez ten gąszcz skuch, jednak dotarł do Ciebie nie spóźniony człowiek, który zrozumie przynajmniej co drugie słowo po polsku – masz fart, to może być Twój dzień. W telewizji najpewniej głupoty gadali, że bezrobocie jest na granicy błędu statystycznego…

Dzień dobry ma Pani ze sobą swoje CV? (doskonałe przygotowanie! Nie przejrzałeś, nie wynotowałeś z przesłanego CV nic, do czego mógłbyś się odnieść i poprowadzić tą rozmowę konkretnie. Na szybko rzucisz okiem i udasz, że znasz ten dokument, prawda?)

Proszę mi powiedzieć, jakie są Pani mocne, a jakie słabe strony? (Generalnie mam mocniejszą stronę prawą od lewej, ale można to próbować zmienić…)

A zalety i wady – no śmiało, po kilka przykładów, proszę się nie krępować! Sami swoi.

Proszę mi sprzedać ten długopis.

Co Pani robi prywatnie? Ma Pani jakieś hobby? Koty? Na prawdę? To tak przydatna informacja na stanowisku managera ds. sprzedaży…

Gdzie się Pani widzi w naszej firmie za 5 lat….?

Czego się dowiedziałeś? Niczego wartościowego. Nie poznałeś człowieka, bo sam nie byłeś człowiekiem, tylko maszyną do zadawania pytań z działu HR. A ponoć budujesz obiekt pełen ludzi z pasją.

Sprawdź, co Pani Kowalska wie o Twoim obiekcie, czy znalazła czas, by zapoznać się z profilem działalności zanim wysłała CV, a przez to skąd wie, że tu pasuje? Nie poznała, daj jej drugą szansę. Oprowadź, pokaż, opowiedz gdzie Ty chcesz być z firmą za 5 lat. Wówczas zobaczysz, czy ona się w tych realiach odnajduje. Czy jest iskra w oku mówiąca – Łał! Chciałabym w tym uczestniczyć. Jeśli tak, to dowiedz się, co wniesie do Twojej drużyny? Dopiero tutaj potrzebne Ci są jej doświadczenia, ale nie będą one wyuczone i „odklepane”, bo zdążysz ocieplić rozmowę. Dużo więcej się wtedy dowiesz.

Powiedz jej, co jesteś w stanie dać za lojalność, pracowitość, za jej czas. Nie podawaj kwot. Na początku mów o narzędziach do pracy jakie dajesz, o realnych premiach, prowizjach, też bez kwot, ale o systemie jakim je przydzielasz. O kwotach porozmawiacie następnym razem, gdy oboje zrozumiecie, że ta druga strona godna jest Waszego czasu.

 

Akt 4 – wynagrodzenie.

Pani Kowalska, na pewno się porozumiemy, u nas problemów z przelewami nie ma jak u konkurencji. Często tego typu określenia są prawdziwe tylko w odniesieniu do czasu, w jakim nie masz robić ludziom przelewów…

Czy gdybym nie dbał o ludzi, pracowaliby ze mną tyle lat? O pieniądze proszę się nie martwić. Na początek damy Pani umowę zlecenie i godzinówkę jak w lodziarni, ale potem, proszę mi wierzyć, będzie tylko lepiej. O proszę zobaczyć, tam na wprost stoi Mietek. Mietek robi u nas 11 rok. Popija czasem, już milion razy miałem go wywalić, a jednak jest z nami.

Ani tu się śmiać, ani płakać. Często taki Mietek jest po prostu wygodny. Pracuje za grosze, ma komornika na pensji, zatem dostaje ją pod stołem. A jak fiknie, to jej wcale nie dostanie, bo przecież nie ma umowy, bo ma komornika… i tak w kółko.

Jeśli planujesz najbliższe pięć lat (o tyle pytałeś podczas rozmowy), to, jeśli nie jesteś przedsiębiorcą – samobójcą, budżet musisz mieć minimum na najbliższy rok – dwa. Zatem powinieneś mieć skalkulowane zarobki dla podobnych stanowisk na już, czytaj pierwsze trzy miesiące i na potem. Różnice tu mogą stanowić osoby, które faktycznie wydają się „ciekawe” i można ciut nagiąć budżet już na okresie próbnym. Na umowę zlecenie możesz zatrudniać tych, którzy przychodzą na krótko, albo zadaniowo, a nie ludzi, którym wmawiasz, że chcesz z nimi być na lata i wstawiać ich na kluczowe stanowiska.

 

Epilog.

Umacnia się rynek pracownika, a pracodawcy jakby tego nie chcieli zobaczyć. Rekrutują jak przed 20 laty, gdy na jedno stanowisko było 10 osób chętnych. Ogłoszenia umieszczają tam, gdzie delikatnie pisząc, nie powinni, same rozmowy prowadzą jak słaby dział HR w 1996 roku, a podczas pierwszych miesięcy pracy pokazują pracownikowi, czym jest kapitalizm po polsku. Smutne to i bardzo prawdziwe. Użyłem kiedyś określenia, że dobrzy już byli, a lepsi dopiero nadejdą. Tracę wiarę.