lektura na 5 min.

DO BO DO – storytelling bez tandety

Jest styczeń 1939 roku. Kultowy magazyn „Kino” obwieszcza, że oto znany aktor, piosenkarz i amant, Eugeniusz Bodo, w sercu Warszawy, na piętrze kamienicy przy Foksal 17, otwiera Cafe Bodo.  Restaurację, która na wiele następnych lat miała stać się kultowym miejscem spotkań elit kulturalnych. Tak rozpoczyna się historia, która przerywana burzliwymi wydarzeniami, trwa do dziś.

Storytelling

Wiele miejsc wykorzystuje opowiadania, legendy, przekazy sprzed lat, by pokazać Gościom korzenie, na bazie których one wyrosły. Wielu marketerów na potrzeby inwestorów tworzy historię, które potem opowiada Klientom, by osadzić obiekt w realiach, jakie sami stworzyli. To często spotykane zabiegi marketingowo – PR-owe (storytelling), bo ponoć silna marka, to nic innego jak dobrze opowiedziana historia. Tyle, że opowiedzieć ją też trzeba umieć.

Sam jestem pasjonatem storytellingu. Uwielbiam przyglądać się jak miejsca, które kiedyś tętniły życiem, potem przez lata na skutek wojen, przemian ustrojowych były zapominane, by dziś wrócić w pełnej krasie, ale nie zapominając o tradycji. Tak właśnie powstała restauracja DO BO DO.

Na salonach

Już sama jej nazwa nawiązuje do pseudonimu wspominanego na początku gentelmana, przenosząc nas tym samym w lata trzydzieste i czterdzieste XX wieku. I choć w rzeczywistości Bodo nie był właścicielem lokalu, a jedynie użyczył mu swojego nazwiska, miejsce kojarzone było z nim, jego charyzmą i szybko stało się odwiedzanym przez ówczesną bohemę. Z resztą sam Eugeniusz nie stronił od użyczania swej twarzy na potrzeby międzywojennej reklamy. Na setkach afiszy można go było zobaczyć, reklamującego firmy, których garnitury i pantofle zakładał na swoje występy. Obdarzony przepięknym lśniącym uśmiechem, nie mógł pozostać nie zauważony przez producentów pasty do zębów. A miłość do czekolady wyznawał promując produkty marki Wedel. Dziś powiedzielibyśmy, że zdecydowanie miał swoje pięć minut.

W Cafe Bodo bywał regularnie. Spotykał się ze stołeczną śmietanką, uwielbiał być w centrum uwagi. I choć sam stronił od alkoholu, godzinami biesiadował, ku uciesze swojej, oraz Gości lokalu.

Dania serwowane, już wówczas naznaczone były nutą nowoczesności, co nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że Warszawa tamtych lat mocno podglądała to, co dzieje się na europejskich salonach.

 

BO DO na NO WO

Po blisko osiemdziesięciu latach, to Warszawa jest podglądana, bo do lokalu przy ulicy Foksal 17 wróciło życie. I choć za sprawą Marka Kropielnickiego – szefa kuchni restauracji DO BO DO, wkradł się tam świeży powiew nowoczesnej kuchni, to jest ona osadzona w realiach lat trzydziestych, absolutnie oddając hołd temu, co zostało w tym miejscu stworzone.

Każdy zakątek tej restauracji wydaje się nadal cicho szeptać piosenki Eugeniusza Bodo, zabawiającego Gości. Sam artysta spogląda dziś z wielu zachowanych z tamtych czasów zdjęć, jakby doglądał, czy wszystko jest w najlepszym porządku. Wnętrza proste, wymowne, zadbano bowiem o każdy detal, by historia zatoczyła tu koło. Meble i krzesła na wysoki połysk, zdobienia ścian i przepiękne żyrandole rodem z okresu międzywojennego, są uzupełnieniem klimatu.

Powiedzieć, że jest smacznie, to jak nic nie powiedzieć.

W takich realiach kuchnię tworzy wspomniany Chef – Marek Kropielnicki. Tak jak dekady temu starano się, by na talerzach nie wiało nudą, tak dzisiaj od samego czytania menu można zgłodnieć. Otóż do staro-warszawskich wnętrz, powróciła m.in. polska wołowina tyle, że tu w doborowym towarzystwie trufli oraz miodu, wrócił barszcz w nowoczesnej odsłonie z warzywnym consomme i bogato utkanymi uszkami. Kropielnicki, jak przystało na wizjonera i człowieka, który wie co znaczy świadome robienie kuchni pod własnym nazwiskiem, po wiele produktów jeździ sam, wzbogacając menu o tradycje innych regionów. Stad znajdziemy jagnięcinę wrzosówkę, czy tarczyńskiego pstrąga, powalającego strukturą i kolorem mięsa.

Jest też pewne zaskoczenie, zdziwienie… Bo oto, z restauracji DO BO DO można zabrać coś więcej, niż tylko wspomnienie dobrego smaku, o którym opowiada się bliskim z wypiekami na twarzy. Zafascynowani wystrojem Goście, mogą na miejscu zakupić jego elementy! Stylizowane krzesło, żyrandol, komoda? Proszę bardzo. Bo gdzież lepiej czerpać inspirację niż u źródeł, do jakich dochodzi się przekraczając próg tego wyjątkowego miejsca.

Historia opowiadana tu żyje naprawdę. Nie trzeba jej ubarwiać, nie trzeba nikogo przekonywać o jej autentyczności. Tu, gdzie przez lata przesiadywali Fogg, Mieczysława Ćwiklińska, Antoni Słonimski czy Gustaw Holoubek – miłośnicy i twórcy kultury, dziś przybywają pasjonaci doskonałej kuchni i wielbiciele poszanowania staro warszawskiej tradycji. I tylko „opiniotwórczy” blogerzy od czasu do czasu, wrzucają  złośliwie kamyki do ogrodu, który wielu ludzi tworzy z pasją, nie zapominając o tradycji.